Przygotowując się do trekkingu, pakując bagaże i obmyślając trasę, w głowie rodzą się setki pytań. Dochodzi dodatkowa setka, gdy w podróż ruszamy z dzieckiem. By ograniczyć rozterki postanowiliśmy najdokładniej jak tylko damy radę, opisać każdy aspekt naszej himalajskiej podróży.

Udało nam się aktywnie i rodzinnie spędzić czas, skupiając się na nas samych.

Wybraliśmy trasę bardzo popularną, zwłaszcza wśród podróżujących rodzin. Po raz pierwszy ruszyliśmy w Himalaje, gdy Marysia miała lat 5 – wówczas dotarliśmy do Ghandruka (2200 m n.p.m.). Teraz Marysia ma lat 9 – postanowiliśmy pójść dalej, do Poon Hill (3200 m n.p.m.). Można było pójść jeszcze dalej, ale nie w tym rzecz. Udało nam się bez spinania i napinania, aktywnie i rodzinnie spędzić czas, skupiając się na nas samych, a nie walce ze wspinaczką. Myślę, że strefa śniegów to kolejny etap, za kolejnych kilka lat.

Dzień 1

Długo płasko, potem długo ostro pod górę
Nayapool – Ulleri
Dystans 14 km
Przewyższenie 1216 m
Czas marszu 5,50 h

Początek trasy to przejście przez mało atrakcyjne miasteczko Nayapool oraz rejestracja w punktach kontrolnych (należy okazać paszport oraz pozwolenia na trekking). To także ostatnia szansa na drobne zakupy, zatrudnienie tragarza, czy nawet podwózkę. Oj tak, podjechanie samochodem, a nawet autobusem, będzie możliwe jeszcze przez wiele kilometrów. Jeśli ktoś planuje dłuższy trekking jest to rozwiązanie, które pozwoli zaoszczędzić sporo sił i czasu.

Po opuszczeniu Nayapool wreszcie robi się błogo i spokojnie, choć długo jeszcze mijać nas będą jeepy i autobusy. Droga jest szeroka, raczej płaska, dosyć monotonna. Ośnieżonych szczytów nie widać. Dookoła zielone wzgórza, górskie wioski. Po drodze co rusz knajpki i sklepiki. Delikatne wejście w trekkingową rutynę maszerowania. Ruszając w drogę z dzieckiem idealne.

Po 3 godzinach robimy przerwę, by odsapnąć i zjeść momosy. To punkt przełomowy, który odmienia swawolny charakter wędrówki. Z szerokiej drogi odbijamy w stronę Ulleri. Wchodzimy na kamienistą ścieżkę, pnącą się … km w górę. Momentami dosyć stromą i całkiem męczącą, zważywszy, że to pierwszy dzień trekkingu. Na niemal całym tym odcinku kamienie układają się w schody, co jest przekleństwem, ale na bardziej stromych podejściach ułatwia życie.

Jedyne, na co zdarza się Marysi narzekać, to nuda i monotonia maszerowania.

Po drodze ciągle mijamy wioski, przemiłych ludzi, psy i osły. Wędrując z dzieckiem nie można nie docenić towarzystwa tych ostatnich. Bo jedyne, na co zdarza się Marysi narzekać, to nuda i monotonia maszerowania. Doprawdy, towarzystwo rówieśnika byłoby idealnym rozwiązaniem, obawiam się tylko, że moglibyśmy za młodziakami nie nadążyć. Robimy jedną dłuższą przerwę na masala tea, potem wystarczyć musi woda i orzechy.

Masala tea. Uwielbiamy! Podczas trekkingu jest świetnym wzmacniaczem i rozgrzewaczem. Na naszą 5 osobową ekipę zamawialiśmy wielki termos, który trzymał ciepło, pozwalał zaspokoić pragnienie, a nawet trochę się najeść. Wszak tłuste to i słodkie okrutnie. Konkretna dawka energii.

Do Ulleri najpierw dociera trójka z naszej ekipy, z Marysią na czele! To chyba tyle w temacie, jak pierwszego dnia szło Marysi. Wybrali hotel Super View Guesthouse. Godny polecenia, mieliśmy nawet mikro łazienkę w pokoju. Gorący prysznic pomógł rozluźnić obolałe mięśnie i ogrzać się, choć na tej wysokości temperatury nie były jeszcze doskwierające. Standard wszystkich hoteli jest zbliżony, podobnie jak ceny. Tradycyjny hotelowy „deal” to pokój za darmo, w zamian za spożywanie posiłków w hotelowej restauracji. A w tym przypadku podobnie – ceny i menu są do siebie zbliżone, zupełnie jakby ktoś pilnował równego podziały zysków w wiosce. Solidny obiad dla jednaj osoby to koszt  400-600 rupii. Tyle samo potrafi kosztować dzbanek masala tea. Zwykła herbata to 40 rupii za kubek. Owsianka na śniadanie to koszt 300-400 rupii. Zupy około 300 rupii, często jednak są to wzbogacone zupki chińskie. Polecamy lokalną specjalność czyli Dhal Bath, zestaw składający się z ryżu, zupy dhal, placka, warzyw, pikli i sosów, czasami mięsa. Dokładki są już bezpłatne, a porcje zazwyczaj solidne.

Dzień 2

Długo i miarowo
Ulleri – Ghorepani
Dystans 9,4 km
Przewyższenie 1047 m
Czas marszu 4,10 h

Ulleri nie jest na szczycie ostrego podejścia, którym zakończyliśmy poprzedni dzień, tak więc na dzień dobry mieliśmy porządną rozgrzewkę. Trwała około godziny. Dalej było już spokojniej i stabilniej. Ośnieżone szczyty nadal chowały się za zielonymi wzgórzami. Trasa w dużej części wiodła leśnymi ścieżkami i przez małe wioski.

Gdy przekraczaliśmy bramę Ghorepani i punkt kontrolny zaczynało się chmurzyć i niemal zapadła ciemność. Przeciwdeszczowe peleryny już od jakiegoś czasu trzymaliśmy w pogotowiu, jednak zanim rozpadało się na dobre zdążyliśmy wpaść do hotelu – See You Lodge and Resto. Nie wybieraliśmy go długo, ten był drugim na naszej drodze, z dala od centralnej części Ghorepani, dokąd zmierzało w deszczu wielu kolejnych turystów. Byliśmy jedynymi gośćmi, oprócz nas tuzin lokalnych kobiet, które wpadły zagrać w karty. Wszyscy zasiedliśmy wokół rozgrzanej kozy, zamówiliśmy jedzenie. Niektórzy odważyli się nawet wziąć prysznic w odległej, ukrytej gdzieś pod schodami wspólnej łazience, w której nawet zastali gorącą wodę. Przyznam jednak, że nie wszyscy się skusili. Uznaliśmy, że na szlaku jest to dopuszczalne.

Zapatrzyliśmy się w okna, za którymi szalała gradowa zamieć. Świat dookoła zrobił się biały. Pięknie! Kiedy my ostatnio widzieliśmy coś białego spadającego z nieba?!! Jednocześnie trochę nas to niepokoiło, wszak rano planowaliśmy wejście na Poon Hill, słynące z jednej z najpiękniejszych Himalajskich panoram. Spaliśmy tej nocy jak na szpilkach, nerwowo zerkając w okno. Ale nie tylko z powodu pogody. Doszły nas wieści o kradzieżach, jakie miały miejsce w Ghorepani kilka dni wcześniej. Nocą, przez okna włamali się do hotelu złodzieje, okradając kilka pokoi z cennych rzeczy, w tym np. ciepłych kurtek. Wydarzyło się to w hotelu Hill Top w centrum wioski. Cóż za rozczarowanie, trudno pomyśleć, że coś podobnego może się wydarzyć tutaj, w górach. Ukraść ciepłe ubrania komuś, będącemu w trakcie trekkingu?! Warto mieć się na baczności, mimo wszystko.

Dzień 3

Dzień żelków zwycięstwa, długiej drogi i gwałtownych podejść.
Ghorepani – Poon Hill – Tadapani
Dystans 17 km
Przewyższenie 1340 m
Czas marszu 8 h

Budzik oznajmił 4.30 rano. Są! Są gwiazdy! Zrywamy się, zakładamy wszystkie warstwy ubrań i wyruszamy. Podejście na szczyt Poon Hill to około godzina marszu z dzieckiem u boku, z przerwami co rusz, by zerknąć przed siebie, za siebie i dookoła. No bo wreszcie się zaczęło – ośnieżone szczyty Himalajów 360 stopni! Cóż za widoki! Pierwsze promienie słońca, pierwsze zapalające się szczyty. W połowie drogi punkt kontrolny i kasa biletowa – 100 rupii za osobę, dzieci do 10 lat bezpłatnie. No i wreszcie szczyt! Zatłoczony, a jakże! Pierwsi zdobywcy zakupili dzbanek masala tea, bo nie ma nic przyjemniejszego, jak sączyć ten tłusty wrzątek, gapiąc się na Himalaje i myśląc o tych, którzy gdzieś tam właśnie dosięgają szczytu Annapurny.

Podejście na Poon Hill to 3 km o przewyższeniu 344 m. Cała poranna wycieczka zajęła nam 2 godziny. Nie spieszyliśmy się, ani podczas wspinaczki, ani na szczycie. Warto posiedzieć tu nieco dłużej, tłumy szybko się rozchodzą. Wreszcie zostajemy niemal sami i jest cudownie.

Po upojeniu się widokami wracamy do hotelu, by zjeść śniadanie, zabrać bagaże i ruszamy dalej. To chyba najpiękniejszy odcinek trekkingu. Widok na ośnieżone szczyty cały czas towarzyszy naszej drodze. Pogoda dopisuje, choć drepczemy po śniegu i gradzie, śladach wczorajszej zamieci. Na górskich ścieżkach śnieg miesza się z kwiatami kwitnących drzew. Wszystko wygląda zjawisko, biel wymieszana z różem.

Początek to żwawe i rozgrzewające podejście. Po pół godzinnej wspinaczce docieramy do pięknego puntu widokowego, gdzie spotykamy niezwykłych gości – wycieczkę z Japonii, a wśród nich 88 letnią kobietę, która o własnych siłach pokonuje ten himalajski szlak. Niesamowita, silna, cudowna babka. Musieliśmy uścisnąć jej dłoń.

Dalej idziemy leśną, przyjemną ścieżką, brodząc wśród śniegu i różowych kwiatów. Robimy tradycyjną przerwę na masala tea, gdzie Marysia zaprzyjaźnia się z kolejnymi kozami i osłami. Po drodze jest wiele miejsc, gdzie można zrobić przerwę lub nawet zakończyć wędrówkę, bo przy knajpkach często znajdujemy małe hoteliki. To opcja dla kogoś, kto wcześniej zmęczy się drogą. My w pierwotnym planie chcieliśmy dotrzeć do Ghandruka, doprawdy nie wiem jakim cudem (choć jest to możliwe dla wyjątkowo wytrwałych, szybkich i silnych). Zweryfikowany plan dotarcia do Tadapani i tak nadwyrężył nasze siły. Generalnie droga tego dnia była piękna i bardzo zróżnicowana. Zaczęliśmy od ostrego podejścia, by potem delektować się górami podczas raczej relaksującej wędrówki, wreszcie czekało nas ostre i długie zejście, wróżące tylko jedno – za chwilę czeka nas podobne podejście. Tak też było, bo ostatni odcinek to szybkie wdrapywanie się przez las do Tadapani, tym szybsze, że deszczowe chmury znowu zaczęły deptać nam po piętach.

I znowu wbiegamy do hotelu na chwilę przed ulewą. Udaje nam się znaleźć 5 osobowy pokój w Tadapani Guest House. W grupie będzie cieplej, bo na tych wysokościach śpimy już w polarach i czapkach. Do wspólnych łazienek, do których biegać trzeba przez zimny korytarz także już przywykliśmy. Szczęśliwie nie musimy przywykać do zimnej wody – wszędzie na szlaku czekał gorący prysznic. Tadapani to malutka, pięknie położona wioska, co w pełni doceniamy dopiero następnego dnia o świcie, gdy z okna dostrzegamy zapalający się w słońcu szczyt Annapurny.

CDN.