Atrakcji zawładniętych przez turystyczną mafię unikamy. Mafia potrafi być bezwzględna i to nie tylko w wyciąganiu pieniędzy. Nie lubimy tego, więc w przypadku niektórych miejsc gramy na zwłokę i przeczekujemy, w końcu zawsze trafia się sprzyjającą okazja. Tak też było w wulkanem Batur na Bali.

Bywaliśmy tu dosyć często, a jakże. To przepiękna okolica, w dodatku zaledwie godzinę jazdy motorem z Ubudu. Przyjeżdżaliśmy podziwiać wschód słońca nad wulkanami – z miasteczka na krawędzi kaldery. Robiliśmy wycieczki do samej kaldery, by podglądać budzące się do życia wioski i uwijających się robotników kamieniołomów. Próbowaliśmy nawet, zupełnie niezobowiązująco, wspiąć się na wulkan. Odkryliśmy bowiem tajemnicze wejście, przy którym ktoś sprzedaje bilety, ale chyba nie przychodzi mu do głowy, że ktoś inny mógłby chcieć wejść na szczyt. Wjeżdżają tędy miejscowi, by urządzić sobie piknik pod wulkaniczną skałą, chłopaki na crossowych motorach oraz ci, którzy chcą złożyć dary duchom góry. My wpadliśmy tu z babcią, innym razem z przyjaciółmi, by pokazać Batura bez wspinaczkowej spinki. Ale wiedzieliśmy, że wreszcie trzeba będzie wejść na jego szczyt.

Miejsc zawładniętych przez turystyczną mafię unikamy. Mafia potrafi być bezwzględna. Dlatego sporo czasu minęło, zanim stanęliśmy na szczycie wulkanu Batur.

Gunung Batur jest stosunkowo niedużym (1717 m n.p.m.) aktywnym wulkanem. Leży w kalderze prawulkanu sprzed 20 tysięcy lat, która znajduje się wewnątrz kaldery jeszcze starszego wulkanu sprzed 30 tysięcy lat. Kawał geologicznej historii i fantastyczne miejsce na lekcję geografii. U stóp wulkanu malowniczo rozlewają się wody jeziora Danau Batur. Na przeciwległym brzegu dostrzec można wioskę Trunyang, rozsławioną zwyczajem składania ciał zmarłych w bambusowych klatkach. By odwiedzić wioskę należy wynająć jedną z łodzi, które to są we władaniu tutejszej turystycznej mafii, dlatego tam jeszcze nas nie było.

130 dolarów to bardzo dużo, nawet za pełen pakiet, obejmujący odwózkę z/do hotelu, nocleg w namiocie, ognisko, kolację, śniadanie na szczycie wulkanu, przewodnika na szczyt oraz wizytę w gorących źródłach.

Trafiła się natomiast okazja zdobycia Batura. Marysia zdecydowała się nawet urwać na tę okazję ze szkoły. Co tam szkoła, skoro można spędzić noc na polu kempingowym na samym Baturze! Zapaliliśmy się straszliwie – noc pod namiotem na Baturze, rano pobudka z gorącą kawą i widokiem słońca wschodzącego nad wulkanami. Aleśmy się rozmarzyli… Zapały jednak ostygły dosyć szybko – dojście z wioski w kalderze do pola kempingowego zajęło nam 15 min, a to znaczy, że daleko stąd na szczyt. To właściwie początek wspinaczki. Kiedy więc usłyszycie o namiocie na Baturze wiedzcie, że od szczytu będzie on daleko. Oficjalnie nie wolno rozbijać namiotów wiele wyżej, a wszelkie takie oferty to atrakcje nielegalne (ale realne, bo nawet tego ranka jeden namiot na szczycie się znalazł). Fakt, że byliśmy daleko od szczytu wcale nie umniejszył przygody. Kiedy my ostatnio spaliśmy pod namiotem, w polarach i zapakowani w śpiwory?! Cudowne uczucie, stęskniliśmy się za tym. Namioty malutkie, dorośli spać muszą w poprzek lub w pozycji na krewetkę, ale co tam.

Po zapadnięciu zmroku pomiędzy namiotami rozpalono ognisko, była gorąca kolacja, nowe towarzystwo. Nie przeszkadzało nam nawet, że nie było gdzie umyć rąk ani zębów. Ale tak sobie myślę, że przy większej liczbie namiotów jeden kibelek z dziurą może nie ogarnąć tematu fizjologicznych potrzeb, a bieżąca woda jednak by się przydała. Jasne, że można wodą z butelki, jednak za cenę, za jaką sprzedaje się tę „przygodę” można oczekiwać zaspokojenia podstawowych potrzeb. 130 dolarów to bardzo dużo, nawet za pełen pakiet, obejmujący odwózkę z/do hotelu, nocleg w namiocie (wyposażonym w materac i śpiwór), ognisko, kolację, śniadanie na szczycie wulkanu (jajko, tost z bananem, batonik, ale już kawa czy herbata za dodatkowa opłatą), przewodnika na szczyt oraz wizytę w gorących źródłach. Ceny podobnych pakietów jednak bez noclegu pod Baturem, wahają się od 500 000 do 700 000 IDR od osoby. Lepiej też kupować je w hotelu, niż szukając rozwiązania na miejscu na własną rękę. Wtedy wychodzi nawet drożej. Odradzamy też prób przemknięcia bez mafijnego przewodnika, gdyż „strażnicy porządku” potrafią być bardzo agresywni w egzekwowaniu swojej doli. Wróćmy jednak na nasz kemping…

Zasnęliśmy jak dzieci, gdy ognisko przygasało. Temperatura nocą spadła do około 15 stopni. Zerwaliśmy się o godzinie 3.30 i niczym lunatycy ruszyliśmy zdobywać szczyt. Droga z kempingu zajęła około 1,5 godziny. Chyba mieliśmy całkiem dobre tempo i nawet Marysia podołała mu bez problemów. Można jednak założyć pół godziny więcej i wspinać się znacznie wolniej. Generalnie jest to droga dla wszystkich, dużych i małych. Tras dojścia do szczytu jest kilka, ale nie sądzę, aby zasadniczo różniły się od siebie. Warunki wspinaczki są typowo wulkaniczne – najpierw lekkie wzniesienie i nieco kamieniste podłoże, które z czasem robi się coraz bardziej żwirowe, a dalej wręcz piaszczyste, i jednocześnie coraz bardziej strome. Pod samym szczytem trzeba już naprężyć mięśnie, albo zostać na punkcie widokowym poniżej. Idąc w ciemnościach (polecamy zabrać swoje czołówki, bo agencje pożyczają latarki ręczne, dające znikome światło) czuje się tylko osuwające się spod stóp kamienie, myśli skupiają się głównie na znalezieniu stabilnego podłoża, dookoła zaś widać tylko migające światła latarek dziesiątek innych wspinających się osób. Czy trasa jest trudna? Nie. Czy jest trudna dla dziecka? Nie. Jasne, trzeba w nią włożyć trochę wysiłku, ale bieganina po placu zabaw często wymaga go jeszcze więcej. Może być trochę nużąco dla dziecka, zwłaszcza nocą, gdy żadnych atrakcji dookoła nie widać, a do kompletu dochodzi niewyspanie. Te kwestie najlepiej chyba rozwiązałoby towarzystwo rówieśników.

Tymczasem na szczycie bajka! Słońce zaczyna wschodzić nad Lombokiem, zarysowując kontury majestatycznego wulkanu Rinjani (największy na Lomboku, drugi największy w Indonezji). W porównaniu z nim Agung zdaje się być na wyciągnięcie ręki, zaś góry otaczające kalderę malują się jak pagórki. W dole widać doliny tonące w chmurach i budzące się do życia wioski. Po uciszeniu wrażeń i napatrzeniu się na piękny spektakl natury czas na śniadanie. Potem przychodzi czas na spokojne delektowanie się okolicą. Można spacerować po krawędzi krateru, ogrzać się przy ciepłych źródłach, ustawić w długiej kolejce do najlepszych punktów widokowych. Spędziliśmy tu ponad godzinę, podziwiając budzący się dzień. Przepuściliśmy schodzące tłumy, co jest dobrym posunięciem – mniej ludzi oznacza mniej przepychanek i pyłu, wzbudzanego przez kolejne usuwające się stopy. Tak to zazwyczaj bywa, że zejście okazuje się większym wyzwaniem, z większą liczbą poślizgnięć i lądowań na tyłku. Marysi z pomocą przyszedł nasz przewodnik, fajny chłopak z wioski w kalderze, który okazał się doskonałym porterem. Nie wiem tylko, dla kogo zbieganie z wulkanu na barana okazało się większym wyzwaniem. Patrząc na przerażenie w oczach Marysi chyba nie dla niego.

O 10.00 rano byliśmy już w Ubudzie. Tyle się wydarzyło, a dzień ledwo się zaczął. Marysia zdążyła na drugie śniadanie do szkoły, po drodze układając sobie plan opowieści o swojej wspinaczce i emocjonującej nocy pod gwiazdami.