Lombok to nie tylko morze. I trudno tego nie zauważyć, bo skądkolwiek nie spojrzeć widać jego – wulkan Rinjani. 3726 m n.p.m. Drugi największy wulkan Indonezji. Mówi się, że Park Narodowy Gunung Rinjani to jeden z najpiękniejszych terenów trekkingowych w Azji Południowo Wschodniej. Dlaczego więc zaczęliśmy od plaż?

Bo na Rinjanego jeszcze nie weszliśmy (jeszcze!). Jednak tereny północnego Lomboku nie są zarezerwowane dla tych tylko, co chcą się zmierzyć z olbrzymem. To miejsce dla każdego, kto zmęczy się upałami wybrzeża i widokami plaż. Wystarczy z Kuty skierować się na północ, gdzie 90 km dalej znajduje się jakże inna kraina. Jak inna zrozumiecie, gdy dotrzecie do Taman Wisata Pusuk Sembalun. Prowadzi tu wijąca się serpentynami górska droga, często przez mgły i deszcze. Przed wyjściem z samochodu watro sięgnąć po ciepłe ubranie, tuż obok można kupić coś rozgrzewającego do picia lub przegryzienia, a potem trzeba stanąć na krawędzi… krateru.

Widać stąd geologiczną historię. Dolina Sembalun to po prawdzie krater pradawnego wulkanu, którego eksplozja przed milionami lat ukształtowała tę krainę. Dzisiaj patrząc w dół widzimy tonące w zieleni miasteczko, chowające się w cieniu Rinjaniego i otoczone kolorowymi poletkami. To jedna z baz startowych dla grup zdobywających wulkan. Zostaliśmy w Sembalun na noc. Dużego wyboru noclegów nie ma, zatrzymaliśmy się u rodziny Sasaków, w małym hostelu przy drodze. Gdy w nocy chmury się rozwiały mogliśmy podziwiać jego – Rinjaniego. Ten sam widok przywitał nas o świcie i pomyśleliśmy o tych, którzy właśnie zdobyli szczyt wulkanu. Teraz myślę o tych, których na szczycie zastało ostatnie trzęsienie ziemi na Lomboku. Wspinaczka na wulkany to piękne doświadczenie, ale pamiętać trzeba towarzyszącym mu ryzyku.

My wspinaczki nie mieliśmy w planie, zaś gór chcieliśmy doświadczyć zmierzając do wodospadów. W okolicy jest ich mnóstwo, a jeden lepszy od drugiego. Pierwszą próbę podjęliśmy dzień wcześniej w drodze do Sembalun. Próba okazała się nieudana. Niby wodospad oznaczony na mapie, droga wiodła w jego pobliże, długo pojawiały się znaki potwierdzające, że zmierzamy w dobrym kierunku. Spotykaliśmy ludzi, którzy wskazywali drogę, choć każdy inną, za każdym razem inną, niż wskazywała mapa. Szliśmy uparcie przed siebie, wracaliśmy, szliśmy w przeciwną stronę i znowu wracaliśmy. Dotarliśmy do rzeki, do której kapała woda ze wzgórza, co miało się nijak do wodospadu ze zdjęć. Czując presję gromadzących się chmur wycofaliśmy się. I nadal nie wiemy, gdzie popełniliśmy błąd.

Następnego dnia było podobnie. Z jakiegoś powodu na północy Lomboku nie mogliśmy porozumieć się z mapami. Chcieliśmy dotrzeć do kilku oznaczonych na mapie punktów widokowych, ale nic z tego – nagle ścieżka się kończyła, na drodze stawał dom albo nie było nic. Drogę do kolejnego wodospadu zastawiała nam grupa rzekomych przewodników i sprzedawców biletów do Parku Narodowego. Dosyć cynicznie uświadomili nas w naszych możliwościach dotarcia gdziekolwiek samemu. Jednak nie ufaliśmy żadnemu z nich, aż wreszcie pojawił się Rendy. Znał angielski i rozumiał nasze frustracje. Szczerze wyjaśnił kto na czym musi tutaj zarobić i przekonał, że naprawdę sami nigdzie nie dotrzemy. Za tę szczerość mianowaliśmy go naszym przewodnikiem i dzięki niemu udało nam się zobaczyć chociaż ten jeden wodospad – Mangku Sakti. Sami byśmy tu nie trafili. Godzina marszu pokrętną ścieżką, przez dżunglę i plantacje kawy. W pobliżu jest kilka innych równie ciekawych wodospadów, nie wspominając tych bardziej oddalonych. W tym temacie natura nie poskąpiła Lombokowi. My jednak zmarnowaliśmy zbyt dużo czasu na walkę z mapami, więc musieliśmy zaspokoić się tym jednym. Ale niewątpliwie wrócimy, by zmierzyć się z kolejnymi wodospadami, a być może i Rinjanim.

PÓŁNOCNY LOMBOK PRAKTYCZNIE

Z Kuty organizowane są jednodniowe wycieczki szlakiem wybranych wodospadów. Warto z nich skorzystać, bo tutejsze wodospady są piękne, a dotarcie do nich czasochłonne, czasami trudne lub nawet niemożliwe bez przewodnika. Niektóre wymagają wielogodzinnego trekkingu, do innych wystarczy podjechać. Warto jednak rozważyć opcję nocowania w Sembalun lub innej wiosce w dolinie. Jako przewodnika na miejscu polecamy Rendiego. Świetnie zna angielski, jest przyjacielski i cierpliwy, a okoliczne tereny zna jak własna kieszeń. Pochodzi właśnie stąd i chętnie zaprosi was do swojego rodzinnego domu i na rodzinne plantacje kawy.

Do doliny Sembalun prowadzi prosta i raczej pusta droga. Wystarczą 2-3 godziny z Kuty, by poczuć różnicę klimatu i temperatur. Trzeba pamiętać o cieplejszych ubraniach. Warto też przemyśleć kwestię transportu – częściej tutaj pada, bywa mgliście i chłodno. Lepszym rozwiązaniem zdaje się być samochód, niż skuter. Jadąc dalej na północ dociera się do północnego wybrzeża i wreszcie do Senggigi. Jest więc to dobra opcja, by zatoczyć pętlę wokół Lomboku.

Dużego wyboru noclegów w dolinie nie ma. Zatrzymaliśmy się u rodziny Sasaków, w małym hostelu przy drodze, którego nie ma nawet na mapach. Warunki skromne, ale grube kołdry i gorąca woda pod prysznicem nas przekonały. No i niezwykle przyjaźni gospodarze oraz ryby, które serwowali w warungu tuż obok.

Znajdź nocleg w Semablun

Booking.com