A sądziliśmy, że po prostu jedziemy zobaczyć kolejne wulkany. Tymczasem trafiliśmy w jedno z najbardziej niesamowitych miejsc, w jakim kiedykolwiek byliśmy. Środkowa Jawa. Park Narodowy Bromo-Tengger-Semeru. Wybierając dla was zdjęcia z tej wycieczki znowu poczuliśmy ciarki na plecach.

Porzuciliśmy bagaże w nieco obskurnym hoteliku (ale o tym będzie później), przebiegliśmy przez mało atrakcyjną wioskę Cemoro Lawang i poszukaliśmy wejścia do Parku Narodowego. Oczywiście nie interesowało nas wejście główną bramą. Przecież nie jechaliśmy dżipem, chcieliśmy tylko zrobić sobie spacer i zbadać teren. GPS kierował nas w stronę wysokich chaszczy, ale z reguły ufamy wujaszkowi Google, więc nie zrażaliśmy się. I nagle znaleźliśmy się na skraju. Skraju wszystkiego, co znaliśmy — wioski, drogi, twardej ziemi. Spojrzeliśmy w dół, a tam zaczynał się inny świat. Morze Piasku (Sea of Sand — po angielsku brzmi chyba lepiej). Nie zwyczajnego piasku, o nie! Czarnego, wulkanicznego. Piach pokrywał rozległą przestrzeń. Nie jakąś tam przestrzeń, o nie! To była kaldera pradawnego wulkanu Tengger. Nie zwyczajna kaldera, o nie! W tej kalderze bowiem wyrastały kolejne wulkany — Bromo, Batok, Kursi, a za nimi wielki Semeru. Klif, na którym staliśmy okazał się krawędzią krateru. Głośne pomruki, które słyszeliśmy, to nie był przelatujący odrzutowiec. To budzący się Bromo. Spojrzeliśmy na siebie porozumiewawczo i ruszyliśmy w dół.

Klif, na którym staliśmy okazał się krawędzią krateru. Głośne pomruki, które słyszeliśmy, to nie był przelatujący odrzutowiec.
To budzący się Bromo.

Kalderę mieliśmy odwiedzić następnego dnia, ale teraz już nie mogliśmy tego odłożyć. To miejsce przyciągało jak magnez. Przeszliśmy przez strefę kwitnących traw i krzewów. Ich obecność na tej pustyni była zaskakująca, jakby nic nie robiły sobie z siarkowego oddechu gigantów. Ale jeszcze większe wrażenie robiły uschłe drzewa, które wyrosły zbyt blisko wulkanów, by przetrwać. W tej strefie radośnie hulał tylko wiatr, wkręcający czarny piach w trąby powietrzne. Wzdłuż i wszerz pustkowia, wzburzając tumany piachu, krążyły dżipy, krosowe motory i umęczone konie, dowożące turystów pod same schody, prowadzące na szczyt Bromo. Na tej olbrzymiej przestrzeni wszyscy zdawali się tacy malutcy (kaldera ma promień ok 10 km). Kierowaliśmy się w stronę świątyni Pura Luhur Poten. O tak, jest w tym niesamowitym miejscu hinduistyczna świątynia. Wszak trzeba jakoś udobruchać zgromadzone tu moce. Ścieżka zaczęła wić się między wulkanicznymi skałami, a potem piąć w górę, wprost do paszczy potwora.

Stanęliśmy na szczycie. 2393 m.n.p.m. 133 m nad poziomem kaldery. Wejście tam to była pestka. Ale spojrzenie do wnętrza ziemi to było niesamowite przeżycie.

Ten dźwięk. Tak brzmią złe smoki w bajkach, gdy szykują się do opuszczenia swojej kryjówki. Był głośny, groźny i wydobywał się z głębin. Gdy dodać do tego kłęby szarego, gęstego i śmierdzącego dymu wydobywające się w krateru, wrażenie było piorunujące. Proszę Państwa, oto Bromo.

Byliśmy zaskoczeni, że to taki głośny i niepokorny wulkan, i że można sobie do niego tak swobodnie podejść. Byliśmy też mocno nieświadomi tego, co się dzieje. Bo gdybyśmy wchodzili do kaldery główną bramą zauważylibyśmy informację, że wulkan przejawia wzmożoną aktywność i rekomenduje się nie podchodzić bliżej, niż na odległość 3 km. My tymczasem rozpoczęliśmy wspinaczkę po 253 betonowych stopniach prowadzących do samego krateru. Po kilku minutach stanęliśmy na szczycie. 2393 m.n.p.m. 133 m nad poziomem kaldery. Wejście tam to była pestka. Ale spojrzenie do wnętrza ziemi to było niesamowite przeżycie. Uwierzcie. Marysia popłakała się z przerażenia. Może i dobrze, bo sprawiła, że szybko zeszliśmy na dół.

 

W międzyczasie zaczął padać deszcz. On również był tutaj wyjątkowy — wymieszany z wulkanicznym pyłem przylgnął do naszych włosów, ubrań i twarzy. Cali pokryliśmy się czarnymi kropkami. Przysiedliśmy na kawę tuż pod kraterem. Dokładnie tak, nie myślcie sobie, że zwiększona aktywność wulkanu może być tutaj powodem do zamknięcia biznesu. Bynajmniej!

Pomału zaczęliśmy się oddalać od budzącego się potwora. Żegnani głośnymi pomrukami kierowaliśmy się w stronę wyjścia z kaldery, znowu przez piaski i trawy, bynajmniej nie oficjalnym wyjściem. I tak właśnie wyglądał nasz mały spacer rozpoznawczy po okolicy. Sześć godzin wędrówki przez Morze Piasku. Całkowicie niespodziana i absolutnie niesamowita wycieczka. Bo planowo miała ona wyglądać inaczej, ale o tym w następnym odcinku…