Skończyły się piękne czasy, kiedy chcąc gdzieś wyjechać, wystarczyło wybrać kierunek i spakować plecak. Pojawił się nieco uziemiający nas element życia – szkoła. Tak więc każda szkolna przerwa to czas darowany, którego nie można zmarnotrawić gapiąc się na ryżowe pola. Tylko gdzie tu wyjechać w grudniu, podczas świąt, gdy wszędzie dookoła szaleje monsun?

Na takie okazje trzymamy nieodkryte zakątki w pobliżu domu. Na przykład Nusa Penida. Widać ją z Bali jak na dłoni. Obie wyspy dzieli zaledwie 10 km pełnych delfinów wód oceanu. Tymczasem, choć Penida tak bliska, zdaje się zapomniana i pomijana. I dzięki temu jest, jaka jest. Nieco uśpiona, bez wielkich kurortów, bez głośnego plażowego życia, bez modnych sklepów, wymyślnych restauracji i luksusowych spa. Jeśli szukacie imprezy to zły adres. Tutaj znajdziecie tylko, albo aż tylko, piękną i majestatyczną naturę. Z serii tych, co to wystarczy siąść i się gapić. Mówią, że taka mogłaby być Bali, gdyby nie miliony turystów.

Są na Penidzie wzgórza i zielone doliny, są klify i skały, są turkusowe zatoki i złote plaże. Są też góry. I przez te góry trzeba się przedrzeć, by dotrzeć do najpiękniejszych miejsc. Choć nie do wszystkich da się dotrzeć – najpiękniejsze zakątki wyspy nadają się tylko do patrzenia. Zaś dojście do innych okupić trzeba odrobiną potu i zakwasów, w naszym przypadku także nowymi oponami. Bo nie wspominając o luksusie, nie ma tu nawet dobrych dróg. Eksplorowanie wyspy wymaga wysiłku, czasem silnych nerwów, na pewno twardego tyłka. Ale uwierzcie, trud zostaje wynagrodzony. Właśnie taka jest Nusa Penida. I niech taka pozostanie jak najdłużej!

Nasz nr 1

Atuh Beach. Teraz to miejsce wspominamy jako wyjątkowe, ale gdy je ujrzeliśmy oniemieliśmy. Ze szczęścia. A złożyło się na to kilka wcześniejszych wypadków… guma złapana w szczerym polu, poszukiwanie pomocy, kilka kilometrów marszu przez pola i wzgórza z trójką dzieciaków. Gdy umęczeni i sfrustrowani stanęliśmy na skraju potężnego klifu, przed naszymi oczami rozpościerał się ocean, w dole ujrzeliśmy strzeliste skały, błękitną zatokę i bajkową plażę. Niestety była to jedna z tych, na które można tylko popatrzeć. Gdy jednak odwróciliśmy się w drugą stronę spostrzegliśmy drugą plażę, a na niej… leżaki i warungi. Nasz ratunek i zasłużona nagroda! Nawet nie zmartwił nas widok kilkuset stromych kamiennych schodóch, które trzeba było pokonać. Dzieciaki zbiegły niczym kózki i rzuciły się w otchłań fal, nie przejmując się faktem, że ręczniki i stroje kąpielowe zostały w zepsutym samochodzie. Wskoczyli do wody, jak ich natura stworzyła. Warungi tu kameralne, ludzi jak na lekarstwo, piach delikatny, fale w sam raz, a widoki pozwalają zapomnieć. Piękne miejsce. Tylko nie zasiedźcie się! Odwrót lepiej rozpocząć przed zmrokiem.

W okolicy zauważyliśmy pole namiotowe, lokalne domy gościnne oraz domy na drzewie przy samych klifach. Warto rozważyć taką opcję, choć niewątpliwie oznacza to zaszycie się w głuszy. Ale jak pięknej!

Anielski nr 2

Angel’s Billabong to Szkocja w Azji. Znowu klify, znowu skały, jednak w tym miejscu to nie one robią wrażenie – tu rządzi ocean. Angel’s Billabong to mała zatoczka w skałach, zalewana falami. Delikatnie mówiąc, bo bardziej na miejscu byłoby – roztrzaskiwana przez fale. W czasie odpływu wśród skał odsłania się naturalny „inifinity pool”, cudowny, pełen kolorowych wodnych oczek. Aż się prosi, by do niego wskoczyć. Są nawet schody. Jednak ocean jest tutaj nieprzewidywalny. Co chwila rozszalała fala wtłacza w zatoczkę tony wody z taką siłą, że lepiej, by nikogo nie zastała w środku. Widowisko to piękne i można wyraźnie poczuć potęgę żywiołu, jakim jest woda.

Nieco dalej ciekawe formacje skalne, ale uważajcie biegając po nich – każda ze skał ma ostro cięte krawędzie. Lepiej się tutaj nie potknąć. Dalej ścieżka prowadzi do Pasih Uug Broken Beach. To dopełnia całości i szczęścia. Nazwijmy to wodnym oczkiem, otoczonym potężnymi klifami i zasilanym dzikimi falami, które wpadają tu przez malowniczy skalny łuk. Fale docierają do pięknej białej plaży, na którą… można tylko popatrzeć. Sami spójrzcie!

Nr 3 do poprawki

Kelingking Beach została poważnie poszkodowana przez monsun. Deszcz co chwila zmuszał nas do ucieczki, chmury straszyły ponurym obliczem i ani jeden promień światła nie przedarł się, by rozświetlić cudowne widoki. Klimat był ciężkawy i mroczny, nie przystający do tego miejsca. Bo mamy tutaj… uwaga, niespodzianka – skały, klify, rozszalały ocean i białą plażę. Co więcej, na tę plażę można zejść, więc zdecydowanie musimy tu wrócić.

Właściwie to mogliśmy tu wrócić. I to w pełnym słońcu. Okazało się bowiem, o niespodzianko, że przez dwa dni po Nowym Roku publiczny port jest zamknięty. Zatrzaśnięci w raju? Coś w tym stylu. W każdym razie zyskaliśmy trochę czasu. Ale było coś jeszcze. Następnego dnia po samochodowej przygodzie i wymianie trzech opon, jadąc w kolejne zniewalające swym urokiem miejsce, ukryte gdzieś za górami i tysiącem dziur w drodze, pozbyliśmy się czwartej opony. Nie pytajcie nawet, z jakim odzewem spotkała się propozycja ponownego przekraczania gór i odwiedzenia Kelingking. Wyspiarskich dróg wszyscy mieli powyżej uszu.

Ale są dobre strony naszej przygody – w końcu otwarli port, a my mamy komplet nowych opon 😊. Siedząc na Nusa Penida dłużej niż plan przewidywał, znaleźliśmy kilka przyjemnych miejsc, nie wymagających przekraczania gór. O nich w następnym odcinku.