Isle of Sky rozkochało nas w sobie krajobrazami, zaś Islandia rozpaliła chęć zmagania się z samym sobą podczas pedałowania w trudnych warunkach (choć islandzkie krajobrazy też są niczego sobie). Po tych doświadczeniach musieliśmy się tu zjawić. W pełnym rynsztunku, z rowerami, przyczepką, namiotem, okutani w nieprzemakalną i termiczną zbroję, wysiedliśmy na Isle of Lewis.

Dlaczego tutaj? Wrzućcie w wyszukiwarkę hasło Lewis and Harris i spójrzcie na zdjęcia. Czy teraz nas rozumiecie? Tak więc ruszyliśmy. Najpierw samochodem do Poznania, potem samolotem do Glasgow, znowu samochodem na północny cypel Szkocji. Samochód stał się nawet naszą noclegownią, może mało wygodną, ale za to w jakich okolicznościach przyrody przyszło nam się obudzić! W Ullapool wsiedliśmy na cieplutki prom, którym dopłynęliśmy do Stornoway na wyspie Lewis. I to było ostatnie cieplutkie miejsce, jakie pamiętamy.

Przez 6 dni spotkaliśmy może pięciu podróżujących na rowerach. Podróżujących na rowerach z dzieckiem nie spotkaliśmy wcale.

Płynęliśmy w chmurach i chmury przywitały nas na wyspie. W tej mglistej atmosferze odnaleźliśmy wypożyczalnię rowerów, przepakowaliśmy bagaże do sakw, odwiedziliśmy kilka sklepów i z błogosławieństwem wszystkich spotykanych po drodze, opuściliśmy miasto. Bo rzeczywiście rowerzystów tutaj nie wielu. Przez 6 dni spotkaliśmy może pięciu podróżujących na rowerach. Podróżujących na rowerach z dzieckiem nie spotkaliśmy wcale. Za to jest to kraina kamperem płynąca. My zaś staliśmy się pupilami licznie przybywających tutaj emerytów ze swoimi przyczepami. Przynosili gorącą herbatę, gdy rozkładaliśmy namiot w deszczu, pomagali składać namiot na wietrze, rozkładali mapy, by pokazać najpiękniejsze miejsca i najbliższe sklepy, pozdrawiali w drodze. Jakby nie patrzeć, byliśmy jednymi z najmłodszych turystów na wyspie. Całkiem miłe uczucie.

Dzień był bury i ponury. Trasa ze Stornoway na północne wybrzeże dosyć ruchliwa. Chmury wisiały nisko, co jakiś czas mżaweczka umilała nam podróż. Ale nie było źle. Mżaweczka pojawiała się i znikała, pagórki dosyć łagodne, a za każdym wniesieniem czekała nagroda w postaci przyjemnego zjazdu. Im dalej, tym ciekawsze pojawiały się krajobrazy, choć nie da się ukryć, że stalowe niebo ujmowało im wiele uroku. Cokolwiek nie działoby się pierwszego dnia, do przodu pchały nas ciekawość, emocje i zapas energii.

Po 30 km rozbiliśmy namiot. Czuliśmy, że następnego dnia zaświeci dla nas słońce. Ale obudził nas stukot deszczu dźwięcznie odbijającego się od tropiku. Cóż, przecież to Szkocja! Nie ma co się zrażać. Za godzinę może być zgoła inaczej. Tutaj wszystko zmienia się jak w kalejdoskopie. Jeszcze ubiegłotygodniowe prognozy pokazywały dni pełne słońca i ciepła, teraz pokazują najgorszy tydzień lata. Niestety potwierdzają to mieszkańcy wyspy i mówią, że za 7 dni ma być lepiej. Ale cóż, my jesteśmy tutaj teraz. Nie zamierzamy zaszyć się w namiocie. Przed nami plaże i inne atrakcje. Więc do dzieła! Pakować ten mokry namiot i w drogę!