o ubiegłorocznej rowerowej wycieczce na Islandię czujemy się tak swobodnie w kwestii biwakowania, że przygotowania zaczęliśmy na przysłowiowe 5 minut przed. Tak właściwie to zrobiliśmy tylko inwentaryzację. Sprawdźmy więc, co mamy…

Bilety. Zakupione jeszcze w gorącym Bangkoku. Ale to zaledwie bilety do Glasgow, skąd na wyspy Lewis and Harris na Zewnętrznych Hebrydach jeszcze daleka droga. Tak więc rozpoczęło się rozgryzanie tematu. Autobusem? Wychodzi całkiem drogo, ogranicza czasowo i trzeba przenocować w Glasgow. Pociągiem? Jak wyżej, a do tego te przesiadki. Samolotem? Nie tak źle z ceną, ale trzeba by dostać się do Londynu. Wynająć samochód? Niby drogo, ale po głębszej analizie kosztów, plusów i minusów, samochód okazuje się najlepszą opcją. Oszczędzamy czas — z lotniska wyruszamy prosto w stronę Hebryd. Oszczędzamy na dojazdach do miasta, przesiadkach, noclegach w Glasgow i opłatach za duży bagaż. W Ullapool wsiądziemy na prom do Stornaway, ale nasz samochodzik poczeka na parkingu (przewiezienie go to już droga zabawa). Zresztą dalej nie będzie nam już potrzebny, bo dalej czekać już będą nasze rowery.

Rowery. Zarezerwowane. Czekają na nas w Stornaway. No i znowu, wypożyczenie rowerów na miejscu okazuje się tańsze, niż przewożenie ich tanimi liniami. Zdaje się, że nasze małe i zgrabne składaki, poużywają sobie tylko w Polsce. W przeciwieństwie do przyczepki. Po islandzkich doświadczeniach (mało pakowna i dziurawa) przyczepkę zabieramy własną . Oznacza to koszt dodatkowego bagażu, ale eliminuje ryzyko przykrych niespodzianek.

Bagaże. No właśnie, skoro już mówimy o bagażach. Tanie linie zobowiązują, podobnie jak małe sakwy rowerowe. Pakujemy się w trzy podręczne plecaczki, nadajemy tylko przyczepkę. Choć w pudło z przyczepką udało się sporo upchnąć.

Namiot i śpiwory. Oraz karimaty i cztery koce termiczne. Sprawdzone, śledzie przeliczone, żadnych dziur nie stwierdzono. Nasz Jack Wolfskin Starlight znowu nas ugości.

Jedzenie. O tym akurat pomyśleliśmy wcześniej i piękne paczki liofilizowanych pyszności czekają już w kolejce do spakowania. Poszukaliśmy jednak innych specjałów, niż w ubiegłym roku. Opakowania wyglądają pysznie, zobaczymy jak się sprawdzi ich zawartość. Na osłodę mnóstwo ziarnistych batoników. Garnki, sztućce, palnik. Chyba wszystko działa.

Ubrania. O pogodo bądź łaskawa! Niestety nie ma co liczyć, że pogoda będzie nas rozpieszczać, Wiemy już jednak, że diabeł tkwi w ochronie przed wiatrem i deszczem. Jeśli twój ciuch ci to gwarantuje, nie ma obaw.

Plan podróży. Zarysowany. Do zobaczenia mamy 11 plaż, stojące głazy, siedzące wikingi i czarne domy. Może jeszcze kilka latarni. Na pewno wpadniemy też na jakieś klify, pola i morze po horyzont. A na koniec może jeszcze kilka plaż?

Ubezpieczenie. Z karty kredytowej. Nie trzeba się martwić, ani nawet o nim myśleć.

Sama nie wiem… czy o czymś zapomnieliśmy?