Magnetyzowały nas ten Nepal, Katmandu i Himalaje, czy raczej myśl o nich. Jednak w drodze tutaj, z bagażami na plecach, tułając się przez Dubaj, zastanawialiśmy się przede wszystkim nad tym, jak wyglądać będzie nasz nowy dom.

No i jest. Nie taki biały, jak na obrazku. Nie taki pachnący, jak sobie wyobrażaliśmy. Nie taki czyściutki, jak powinien być. Nie jest to hotel, ani apartament dla ekspatów. Jest to stary nepalski domek z lat 40. Uroczy, nawet bardzo. Ale biedna chałupina już pewnie nie pamięta, kiedy ktoś ją ostatnio odświeżał.

Zostaliśmy sami z naszym domem. Ileż tu pokoi, jak zimno, jak ciemno, a cóż to za zapaszek i gdzie jest łóżko?

Przyjechaliśmy nocą. Powitała nas ciemność, podejrzany zapach oraz Rekha z kubkiem gorącej masala tea. Przez moment pomyśleliśmy, że może jesteśmy w jej domu, ale ona szybko życzyła nam dobrej nocy i zniknęła w ciemności. Zostaliśmy sami z naszym domem. Ileż tu pokoi, jak zimno, jak ciemno, a cóż to za zapaszek i gdzie jest łóżko? Wpakowaliśmy się do największej sypialni i bez specjalnych ceremoniałów poszliśmy spać. Konfrontację zostawiliśmy na następny dzień.

Sen w chłodzie był cudowny. Podobnie jak słońce, które obudziło nas rano. Wdzierało się wprost do łóżka przez cztery okna, otaczające nas niemal z każdej strony. Po stromych schodach zbiegłam do salonu na dole. Kolejne okna, drzwi, jadalnia. Skromne stare sprzęty, zabrudzony kominek, zakurzone poduchy, poplamione obrusy. Otwarłam wszystkie drzwi, by pozbyć się zapachu stęchlizny. A za drzwiami znalazłam ogród. Oczywiście niemal dziki. Zielona gęstwina,  pokręcone konary, gdzieniegdzie grządki, kwiaty i pomarańcze. Stałam i gapiłam się, a słońce rozgrzewało zmarznięte członki. Całkiem przyjemnie.

Nasze odczucia skakały po przeciwległych biegunach. Od entuzjazmu (w słoneczne południe), po zniechęcenie (ciemnym wieczorem). Ale tak mamy, że nie skupiamy się na negatywach. Zakupiliśmy ściery, proszki, płyny i do dzieła (przez moment myśleliśmy także o białej farbie). Z dnia na dzień dom stawał się coraz bardziej nasz. Nasze zapachy, nasz bałagan, nasze graty. Pewnych rzeczy postanowiliśmy nie dotykać, w pewne miejsca nie zaglądać. Od tzn. standardów dom ten będzie odbiegać, tak samo jak miejsce świata, w którym się znaleźliśmy. Jednak gdy wyszliśmy na ulicę zrozumieliśmy, jak bardzo jest on wyjątkowy. Jak niewielu ludzi cieszy się tutaj luksusem czystej wody, toalety, elektryczności i murowanych ścian.

Okolicę i sąsiedztwo udało się szybko okiełznać. Nowi, biali, z dzieckiem. Już następnego dnia wszyscy nas znali, choć my jeszcze nikogo. Teraz sklepikarze nas pozdrawiają, sprzedawcy się uśmiechają, policjanci salutują. Każdy wie, gdzie mieszkamy, choć sami nie pamiętamy nazwy swojej ulicy. Dopytują skąd, na jak długo i zapraszają na zakupy. Ot, nepalska gościnność.

I tak po kilku dniach do ciemności przywykliśmy, bo prądu nie ma w Katmandu przez co najmniej pół doby. Do warstwy brudu niemal na wszystkim przywykamy, bo smog jest tutaj namacalny. Do coraz chłodniejszych nocy się przygotowujemy, bo w końcu idzie zima.

Dom w NepaluDom w Nepalu

Znajdź dla siebie dom w Nepalu…

 Booking.com